Ocean Freeride -Horn
Po kilku dniach forsownej przeprawy z wyspy Isla de Los Estados przez cieśninę La Marie i żegludze przez kanał Beagle, zacumowaliśmy w porcie Ushuaia. Był to ostatni Argentyński port na naszej trasie, miał on być naszą bazą wypadową przed wyruszeniem na przylądek Horn. Po kilku dniach przeznaczonych na uzupełnienie zapasów i wymianę załogi wyruszyliśmy do Puerto Williams w Chile skąd bezpośrednio skierowaliśmy się we wspomniane miejsce, miejsce będące cmentarzyskiem niezliczonej ilości jachtów i statków, miejsce które budzi w żeglarzach szczególny respekt. Na przestrzeni wieków żegluga wokół przylądka Horn uważana była za ostateczny egzamin odwagi i umiejętności przetrwania, aby nie podzielić losu tych, którzy zginęli w tych wodach, postanowiliśmy wyczekać cierpliwie na okienko pogodowe gwarantujące nam bezpieczne przejście groźnego przylądka i z powrotem. Początkiem naszej drogi na Horn był rejs z Ushuaia do Puerto Williams, po raz kolejny przez kanał Beagle, nie jest to zbyt długi dystans do przepłynięcia, jednak ciągłe zmiany kierunku i siły wiatru oraz szkwały spływające z otaczających go gór stanowią sporą trudność w żegludze. Po pokonaniu 30 mil dzielących oba porty znaleźliśmy się najdalej wysuniętym na południe mieście świata.
Marina jachtklubu „Micalvi" w Puerto Williams nie przypomina, żadnej innej mariny na świecie. Jachty nie cumują tu przy kei lecz stają longside do starej barki stojącej na mieliźnie tuż przy brzegu. Jest to jeden z charakterystycznych elegantów tworzących wyjątkowy klimat tego miejsca. To niewielkich rozmiarów miasteczko składa się prawie w całości z niewielkich drewnianych domków pomalowanych na biało, sporą część z nich stanowią budynki chilijskiej marynarki wojennej. Najbliższą ludzką osadą jest Puerto Toro, niewielka wioska rybacka zamieszkała przez mniej niż 30 osób. Przechadzając się po nieutwardzonych uliczkach Puerto Williams oczekiwaliśmy w nerwowym napięciu prognozy pogody obiecującej nam bezpieczną żeglugę, a gdy ta w końcu do nas dotarła, niezwłocznie postawiliśmy żagle i wyruszyliśmy rzucić wyzwanie „Everestowi Oceanów", jak nazywają to miejsce żeglarze całego świata. Przez pierwsze dwa dni pogoda nam sprzyjała, a gdy dotarliśmy na miejsce była wręcz doskonała. Niebo niemal bezchmurne, dało się zaobserwować zaledwie kilka drobnych chmur, a temperatura dochodziła do ok. 20 stopni. Wypływając z zatoki Caleta Martial gdzie stojąc na kotwicy spędziliśmy poprzednią noc, prawą burtą minęliśmy wyspę Horn waz ze znajdującą się tam latarnią morską.
Niedługo potem naszym oczom ukazała się sylwetka skały tak dobrze nam znanej z licznych zdjęć i książek żeglarskich, skała, którą dla nas oznaczała zdobycie kolejnego celu, który postawiliśmy sobie ponad dwa lata temu, gdy wyprawa znajdowała się jeszcze w fazie przygotowań. Sam przylądek również minęliśmy prawą burtą, po spełnieniu toastu i wzajemnym złożeniu sobie gratulacji, naszym oczom ukazał się niecodzienny widok znany jako Halo, przybrało ono postać tęczowej obwódki wokół słońca. Wydarzenie to dodatkowo podkreśliło wyjątkowość tego dnia.
Pogoda, wówczas niezwykle dla nas łaskawa pozwoliła nam nawet na podpłynięcie pontonem na wyspę Horn i zwiedzeniu tutejszej słynnej latarni. Nie zabawiliśmy tam jednak zbyt wiele czasu nie chcąc kusić losu. Pogoda pogodą ale nie wolno zapominać, że jesteśmy na najniebezpieczniejszych wodach świata!
O ile warunki na przylądku Horn można określić jako wymarzone do żeglugi, o tyle nasz powrót został w znaczący sposób opóźniony przez sztorm, który złapał nas w drodze powrotnej. Na szczęście okazał się on raczej kłopotliwy niż niebezpieczny, wkrótce powróciliśmy do portu snując kolejne plany podróży, których koronnym punktem były przygotowania do żeglugi po chilijskich kanałach Patagonii.














