Ocean Freeride - sztormowo
Za naszymi plecami pozostał kolejny z amerykańskich portów - Puerto Madryn. Wciąż płyniemy na południe, jeszcze tylko jakieś tysiąc pięćset mil do Hornu, a potem przez Chilijskie kanały z powrotem, do ciepłych krajów północy. Wcześniej jednak musimy dotrzeć do Ushuaia, najpopularniejszej bazy wypadowej na przylądek burz i Antarktydę. Zatrzymaliśmy się w niewielkim Argentyński miasteczku Puerto Desaedo, zamieszkałego przez niewiele ponad 5000 dusz. W Desoado, przebywaliśmy ponad tydzień, oczekując na przybycie nowego, tym razem stałego załoganta naszej wyprawy – Krzysztofa Bonczarskiego, który będzie nam towarzyszył aż do końca naszej przygody w porcie Halifax w Kanadzie. Nie były to jednak jedyne głośne odwiedziny tamtego dnia. Do pobliskiego klubu kajakarskiego zawitał niecodzienny gość, była to niemiecka kajakarka Frenia Hoffmeister, która podjęła się niezwykle ambitnego zadania, jakim jest odbycie rejs dokoła świata samotnie, w kajaku.
Rejs do tego sennego miejsca trwał już od kilku dobrych dni, gdy dotarł do nas komunikat o sztormie zmierzającym z południa. Postanowiliśmy przeczekać go w zatoce Caleta Hornos, opisywanych przez locję jako „najlepsze kotwicowisko w Argentynie". Zatoka ta wnika głęboko, na pół mili w dziki, niezamieszkały przez nikogo step. Wkrótce po przybyciu na miejsce podjęliśmy kroki zmierzające do zabezpieczenia jachtu przed wiatrem i potężną falą, która mogła by nas tam dosięgnąć. Po zrzuceniu dwóch kotwic i złożeniu dwóch długich cum na pobliskich skałach poczuliśmy się na tyle pewnie aby na moment zostawić łódkę samą i wyruszyć na rekonesans po otaczający nas lądzie. Pustynia porośnięta jest tu i ówdzie niewielkimi kępami krzaków i niewysokich drzew, pomiędzy którymi można niekiedy dostrzec kości martwych zwierząt. Jedyne przejawy życia jakie tu spotkaliśmy to niewielkie stada guanaków. Od najbliższych ludzkich zabudowań dzieliło nas dwadzieścia pięć kilometrów, zaś najbliższa osada znajdowała się ponad czterdzieści kilometrów stąd. Surowe piękno tego miejsca stanowiło przyjemny kontrast dla widoku morza, do którego zdążyliśmy przywyknąć tak bardzo. Miejsce to zgodnie z posiadanymi przez nas informacjami faktycznie okazało się być doskonałym miejscem na przeczekanie nawałnicy.
Wkrótce potem wyruszyliśmy do Ushuaia. Rejs ten okazał się być najtrudniejszym jak do tej pory odcinkiem, jaki musieliśmy pokonać na naszej trasie. Popularne „Ryczące Czterdziestki" nie okazały się tak straszne jak przypuszczaliśmy, jednak ich starsze siostry - „Wyjące Pięćdziesiątki" z którymi mieliśmy do czynienia teraz w pełni zasłużyły na swój przydomek. Wody te są tak samo niebezpieczne jak nieprzewidywalne. Wiatry są tu tak samo silne jak zmienne. Nie zapominajmy także o wszechobecnej martwej fali, bujającej łódką w nielicznych momentach, gdy wiatru akurat brakuje. Zdążyliśmy pokonać zaledwie 300 z ok. 700 mil dzielących nas od celu, gdy prognoza pogody ostrzegła nas przed potężnym sztormem o sile dochodzącej do 45 węzłów. Na schronienie przed nim wybraliśmy zatokę na wyspie Isla De Los Estados. Tutejszy krajobraz wpisuje się w charakterystyczny układ rejonu południowej Patagonii. Wysokie góry ustępując gdzieniegdzie miejsca polanom porośniętym przez grubą, ostra trawę i mech tak mięsisty, ze dorosły mężczyzna zapada się w nim niemal po kolana. Wycieczki w głąb wyspy były niezapomnianym doświadczeniem, mało który z naszych załogantów miał bowiem okazję maszerować przez prawdziwą dzicz. Przez miejsca, w których nikt nie wyznaczył tras turystycznych, nikt nie wydeptał wygodnych ścieżek a strumienie przekraczać można tylko przez bród, ponieważ nikt nie zbudował nad nimi mostów. Sztorm przeczekaliśmy stojąc na kotwicy, przywiązani do drzew aż pięcioma cumami. Uderzenia szkwałów świstały w naszym takielunku wydobywając z niego dźwięk, który mimo iż nieprzyjemny, sprawiał, że czuliśmy wielką satysfakcję z przebywania w tym właśnie miejscu a nie na otwartej wodzie. Nasze myśli wybiegały również nieco na przód, oczekiwaliśmy przecież na odpowiednie warunki do przepłynięcia cieszącej się złą sławą cieśniny Le Maire, będącej grobem jednego z polskich jachtów – s/y „Nashachata".
Post scriptum
09.12.2011r. o godzinie 0948 LT „Anna F" minęła prawą burtą południk Przylądka Horn.
Gratulujemy!














