Ocean Freeride - piąty miesiąc
Piąty miesiąc naszej wyprawy zdominowany został przez postojów i odpoczynku. Jedne wymuszone były złą pogodą, z kolei inne miały swoją przyczynę w technicznymi, takimi jak na przykład kupienie i zamontowania dodatkowego zestawu want. Najdłuższy z naszych postojów, niemal trzy tygodniowy pobyt "Anny F" w porcie Mar Del Plata, spowodowany był koniecznością spisania umowy z nowym ubezpieczycielem jachtu. Nasz poprzedni ubezpieczyciel, odmówił świadczenia swoich usług poniżej 40° szerokości południowej, co całkowicie uniemożliwiało nam osiągnięcie naszego celu jakim jest opłynięcie przylądka Horn i dopłynięcie do Antarktydy.
Po uporaniu się z wszystkimi problemami nasza załoga, ponownie w uszczuplonym, trzyosobowym składzie wyruszyła w dalszą wędrówkę. Kilka dni temu nastąpił ważny dla nas, symboliczny moment. Przekroczyliśmy bowiem jedną z symbolicznych granic żeglarskiego świata – osiągnęliśmy równoleżnik 40°. Tym samym rozpoczęła się dla nas żegluga na wodach znanych żeglarzom jako tak zwane "Ryczące Czterdziestki", nazywane w ten szczególny sposób z powodu wyjątkowo silnych i nieprzewidywalnych wiatrów jaki tutaj występują. Stare przysłowie mówi, że poniżej 40° nie ma prawa a poniżej 50° nie ma Boga. Jaka jest prawda, sprawdzimy sami.
Podczas minionego miesiąca, "Anna" nie miał zbyt wielu okazji do pływania, jednak mimo wszystko, mieliśmy kilka interesujących przygód. Podczas pobytu w Argentyńskim porcie Ensenada, na kilka dni osiedliśmy na mieliźnie. Dwa dni spędzone w tym stanie skutecznie utrudniały nam na wszelkie podstawowe czynności życia codziennego, także przygotowywanie ciepłych posiłków oraz drobne prace remontowe były możliwe dopiero po diametralnej zmianie położenia jachtu. Przyczyna tego niefortunnego wypadku był niekorzystny wiatr, który obok naturalnego cyklu przypływów i odpływów reguluje wysokość wody w delcie rzeki La Plata, w której wtedy przebywaliśmy. Dzięki Bogu wszystko wróciło do normy przed upływem dwóch dni. Po szczęśliwym powrocie wysokiej wody, kiedy nasza łódka wróciła do pionu i upewnieniu się, że nie czekają nas już żadne niespodzianki wyruszyliśmy na wycieczkę w głąb kontynentu Amerykańskiego. Odwiedziliśmy między innymi wodospady Iguasu, leżące na styku Argentyny i Brazylii.
Niedługo potem jeden z naszych załogantów – Szymon Wojciechowski, wyruszył w krótki, rejs do Puerto Madryn na pokładzie polskiego jachtu "Selma". Pomógł w ten sposób tamtejszej załodze, której wówczas brakowało rąk do pracy, a musiała ona czym prędzej odebrać nowych załogantów wybierających się na rejs po Falklandach.
Nasza trasa w dalszym ciągu prowadzi na południe, w kierunku bieguna południowego, a stale rosnąca szerokość geograficzna, daje nam o sobie znać w postaci stopniowego ochłodzenia klimatu. W prawdzie aktualnie panuje tu wiosna, jednak na dalekim południu nie kojarzy się ona z tym, co znamy z Polski. Wyjście na wachtę, w dzień czy w nocy, wymaga założenia sztormiaka, ciepłej czapki i pary nieprzemakalnych rękawic.
Przed kilkoma dniami zakończył się nasz pierwszy rejs od ponad trzech tygodni. Podążając śladami "Selmy" kilka dni temu znaleźliśmy się w Puerto Madryn, mieście leżącym w zatoce Golfo Nuevo. Wejście do zatoki strzeżone jest przez długie pasma klifów rozciągających się po dwóch stronach cieśniny. Podczas porannej wachty, około godziny szóstej rano, wschodzące słońce oświetliło szare skały klifów, tworząc tym samym niezapomniany spektakl barw i cieni. Podziwialiśmy ów wspaniały widok popijając od niechcenia gorącą kawę. Po drugiej stronie zatoki, pomimo pozornej biskości turystycznego kurortu czeka na nas bliski kontakt z dzika naturą. Miasto to jest bowiem znane z częstego występowania wielorybów, przepływających pod tutejszym molem zaledwie kilkanaście metrów od obserwujących ich turystów.
Wojciech Hajduk














